- O, Boże
- kolejny nietrafiony kosz, a zawody już... chwila, moment! Przecież
to już jutro. O, nie. Do tej pory w ciągu minuty rzucałam za
każdym razem. A teraz? Po dwugodzinnym treningu - nic. Jedno,
wielkie zero. Jak ja sobie poradzę, to nie mam pojęcia.
- Sasha,
chodź na obiad! - krzyknął Martin wychylając się z okna w moim
pokoju, które znajdowało się półtora metra nad koszem.
- Zaraz -
mruknęłam pod nosem i wykonałam kolejną, niestety znowu, nieudaną
próbę trafienia do tego metalowego kółeczka przymocowanego do
białej tablicy z dwoma kwadratami. Ta odbiła się od niej, a potem
o ziemię powodując przy tym jej lekkie drżenie. Rzuciłam ją obok
słupa i poszłam do domu. Mój brat zamknął okno i pewnie poszedł
na dół.
Wzięłam
szybki trzyminutowy prysznic i ze stroju sportowego przebrałam się
w legginsy i luźną koszulkę. Weszłam do kuchni i usiadłam między
moją mamą, a drugim bratem, Nickiem. Pierwszy odezwał się tata.
-
Ćwiczyłaś?
- No
jasne. W końcu jutro mam zawody.
- Z kim
wrócisz? - zapytał popijając sok.
- Z
Jakobem i jego bratem, Gustavem - w końcu i ja zaczęłam jeść
swoją niewielką porcję.
- Pytam,
bo z mamą jedziemy jutro do cioci Natalie. A Nick i Martin jutro
rano wyjeżdżają przecież na tydzień. Żeby nie było telefonów,
że nie przyjechałem - tata
żartuje
często w ten sposób, kiedy wie wszystko dokładnie.
- Spoko,
nie będzie.
Po
skończonym posiłku pozmywałam naczynia, tata pykał coś na
komputerze, mama zszywała firankę, którą porwał mój kot Figgy,
a chłopaki grali na playstation. Niby
to ja
powinnam zszywać tę firankę, bo kot jest mój, ale mama
powiedziała, że skoro ja zmywam, to ona się nią zajmie.
Po
ogarnięciu kuchni poszłam do swojego pokoju i odpaliłam laptopa.
Napisałam do Jakoba krótką wiadomość, czy nie ma ochoty gdzieś
się wybrać na przykład za pół
godziny.
Odpisał, że nie ma sprawy. Spotkaliśmy się w kawiarni.
- Dzień
dobry - nienaganne maniery to u niego prawie coś normalnego, czasami
potrafi być naprawdę wredny.
- Witam.
- Nie
masz do mnie szacunku.
- Ano nie
mam - poszliśmy do stolika na końcu kawiarni.
- Dużo
trenujesz?
- Dwie,
trzy godziny dziennie. Muszę się jeszcze uczyć. Na szczęście do
sprawdzianu z historii już się nauczyłam.
- I tak
gałę dostaniesz - podeszła kelnerka.
- Wredny
jesteś, wiesz?
- Taka
sytuacja. Co zrobisz? Nic nie zrobisz.
Jeszcze
było względnie ciepło, więc zamówiliśmy jakieś lody. Jakob
uwalił się bitą śmietaną na nosie.
- Ej,
trochę brudny tutaj jesteś - powiedziałam wskazując na czubek
swojego nosa.
- Serio?
- wytarł się rękawem bluzy.
- Teraz
już nie - uśmiechnął się szeroko.
Jakob to
uroczy brunet z grzywką, średniego wzrostu. Brązowe hipnotyzujące
czasem oczy, lecz ja jestem jakoś uodporniona. Jest miły dla
każdego, na wrogów nie zwraca uwagi, nie lubi się mścić. W
czarnych rurkach, białej bluzie ze misiem z trzema oczami, chmurką
"I love you" wychodzącą z buzi w kształcie cyfry "3".
Można więc trafnie stwierdzić, że nie jest złym człowiekiem.
Gdyby mu tak powiedzieć, żeby przed starciem tej śmietany z nosa
położył tam jakoś wisienkę, byłby chyba najsłodszym
stworzeniem na ziemi.
-
Posłuchaj - rzekł.
- O ja,
boję się.
- Nie no,
bez żartów, nie musisz. Jutro jesteś sama w domu od rana, nie?
- No,
tak, sama. A co chcesz?
-
Pomyślałem sobie, cicho siedź - uprzedził mnie, kiedy chciałam
mu przerwać mówiąc: "Kurka, ty myślisz" - że po tych
zawodach odwieźlibyśmy cię do domu, żebyś wzięła jakieś
ciuchy i zatrzymałabyś się u mnie na ten tydzień? Albo byś je
wzięła od razu i zostawiła w szatni przed meczem.
- Pomysł
jest okej, a twoi rodzice? Co na to powiedzą?
-
Powiedziałem im o tym, że mam taki plan.
- A
Gustav?
- Co
"Gustav"?
- Co on
na to? W końcu on robi za szofera.
- Jeszcze
mu powiem, powinien się zgodzić, on się zgadza na każdy mój
pomysł. Kochany braciszek.
- W to
nie wątpię, jeśli z tobą wytrzymuje. Ma do ciebie więcej
cierpliwości, niż twoi rodzice - nienaganne maniery, ale wkurzyć
też potrafi.
- Kiedy
ja taki grzeczny jestem...
- No,
bardzo.
Popatrzył
na mnie swoimi dużymi oczami i z ust zrobił "podkówkę".
- Dobra,
masz mnie.
- Gustav
chyba nawet zostanie na trochę. Wrócił z chłopakami z trasy i
mają wolne, stęsknił się za domem.
- Nie
dziwię się. Gdyby mnie około rok nie było w domu, uschłabym.
- Także
- oho, zaraz powie coś oficjalnie - Schabrio Mario Cameron, będziesz
miała prawdopodobnie okazję poznać osobiście basistę sławnego
zespołu.
- Aha,
fajnie, ale to zbytnio mnie nie obchodzi czy jest sławny, czy nie.
Ale jeszcze raz powiesz do mnie moje drugie imię, nie wymigasz się
i ci przywalę.
-
Agresywnie-e-e.
Siedzieliśmy
jeszcze parę minut i zebraliśmy się. Przeszliśmy taki kawałek,
że na oko mieliśmy tyle samo drogi do domu. Weszłam do domu i
przywitał mnie mój kot.