niedziela, 18 stycznia 2015

Chapter one

- O, Boże - kolejny nietrafiony kosz, a zawody już... chwila, moment! Przecież to już jutro. O, nie. Do tej pory w ciągu minuty rzucałam za każdym razem. A teraz? Po dwugodzinnym treningu - nic. Jedno, wielkie zero. Jak ja sobie poradzę, to nie mam pojęcia.
- Sasha, chodź na obiad! - krzyknął Martin wychylając się z okna w moim pokoju, które znajdowało się półtora metra nad koszem.
- Zaraz - mruknęłam pod nosem i wykonałam kolejną, niestety znowu, nieudaną próbę trafienia do tego metalowego kółeczka przymocowanego do białej tablicy z dwoma kwadratami. Ta odbiła się od niej, a potem o ziemię powodując przy tym jej lekkie drżenie. Rzuciłam ją obok słupa i poszłam do domu. Mój brat zamknął okno i pewnie poszedł na dół.
Wzięłam szybki trzyminutowy prysznic i ze stroju sportowego przebrałam się w legginsy i luźną koszulkę. Weszłam do kuchni i usiadłam między moją mamą, a drugim bratem, Nickiem. Pierwszy odezwał się tata.
- Ćwiczyłaś?
- No jasne. W końcu jutro mam zawody.
- Z kim wrócisz? - zapytał popijając sok.
- Z Jakobem i jego bratem, Gustavem - w końcu i ja zaczęłam jeść swoją niewielką porcję.
- Pytam, bo z mamą jedziemy jutro do cioci Natalie. A Nick i Martin jutro rano wyjeżdżają przecież na tydzień. Żeby nie było telefonów, że nie przyjechałem - tata
żartuje często w ten sposób, kiedy wie wszystko dokładnie.
- Spoko, nie będzie.
Po skończonym posiłku pozmywałam naczynia, tata pykał coś na komputerze, mama zszywała firankę, którą porwał mój kot Figgy, a chłopaki grali na playstation. Niby
to ja powinnam zszywać tę firankę, bo kot jest mój, ale mama powiedziała, że skoro ja zmywam, to ona się nią zajmie.
Po ogarnięciu kuchni poszłam do swojego pokoju i odpaliłam laptopa. Napisałam do Jakoba krótką wiadomość, czy nie ma ochoty gdzieś się wybrać na przykład za pół
godziny. Odpisał, że nie ma sprawy. Spotkaliśmy się w kawiarni.
- Dzień dobry - nienaganne maniery to u niego prawie coś normalnego, czasami potrafi być naprawdę wredny.
- Witam.
- Nie masz do mnie szacunku.
- Ano nie mam - poszliśmy do stolika na końcu kawiarni.
- Dużo trenujesz?
- Dwie, trzy godziny dziennie. Muszę się jeszcze uczyć. Na szczęście do sprawdzianu z historii już się nauczyłam.
- I tak gałę dostaniesz - podeszła kelnerka.
- Wredny jesteś, wiesz?
- Taka sytuacja. Co zrobisz? Nic nie zrobisz.
Jeszcze było względnie ciepło, więc zamówiliśmy jakieś lody. Jakob uwalił się bitą śmietaną na nosie.
- Ej, trochę brudny tutaj jesteś - powiedziałam wskazując na czubek swojego nosa.
- Serio? - wytarł się rękawem bluzy.
- Teraz już nie - uśmiechnął się szeroko.
Jakob to uroczy brunet z grzywką, średniego wzrostu. Brązowe hipnotyzujące czasem oczy, lecz ja jestem jakoś uodporniona. Jest miły dla każdego, na wrogów nie zwraca uwagi, nie lubi się mścić. W czarnych rurkach, białej bluzie ze misiem z trzema oczami, chmurką "I love you" wychodzącą z buzi w kształcie cyfry "3". Można więc trafnie stwierdzić, że nie jest złym człowiekiem. Gdyby mu tak powiedzieć, żeby przed starciem tej śmietany z nosa położył tam jakoś wisienkę, byłby chyba najsłodszym stworzeniem na ziemi.
- Posłuchaj - rzekł.
- O ja, boję się.
- Nie no, bez żartów, nie musisz. Jutro jesteś sama w domu od rana, nie?
- No, tak, sama. A co chcesz?
- Pomyślałem sobie, cicho siedź - uprzedził mnie, kiedy chciałam mu przerwać mówiąc: "Kurka, ty myślisz" - że po tych zawodach odwieźlibyśmy cię do domu, żebyś wzięła jakieś ciuchy i zatrzymałabyś się u mnie na ten tydzień? Albo byś je wzięła od razu i zostawiła w szatni przed meczem.
- Pomysł jest okej, a twoi rodzice? Co na to powiedzą?
- Powiedziałem im o tym, że mam taki plan.
- A Gustav?
- Co "Gustav"?
- Co on na to? W końcu on robi za szofera.
- Jeszcze mu powiem, powinien się zgodzić, on się zgadza na każdy mój pomysł. Kochany braciszek.
- W to nie wątpię, jeśli z tobą wytrzymuje. Ma do ciebie więcej cierpliwości, niż twoi rodzice - nienaganne maniery, ale wkurzyć też potrafi.
- Kiedy ja taki grzeczny jestem...
- No, bardzo.
Popatrzył na mnie swoimi dużymi oczami i z ust zrobił "podkówkę".
- Dobra, masz mnie.
- Gustav chyba nawet zostanie na trochę. Wrócił z chłopakami z trasy i mają wolne, stęsknił się za domem.
- Nie dziwię się. Gdyby mnie około rok nie było w domu, uschłabym.
- Także - oho, zaraz powie coś oficjalnie - Schabrio Mario Cameron, będziesz miała prawdopodobnie okazję poznać osobiście basistę sławnego zespołu.
- Aha, fajnie, ale to zbytnio mnie nie obchodzi czy jest sławny, czy nie. Ale jeszcze raz powiesz do mnie moje drugie imię, nie wymigasz się i ci przywalę.
- Agresywnie-e-e.
Siedzieliśmy jeszcze parę minut i zebraliśmy się. Przeszliśmy taki kawałek, że na oko mieliśmy tyle samo drogi do domu. Weszłam do domu i przywitał mnie mój kot.